niedziela, 16 marca 2014

Koncertowe "Pozimie"

fot. weheartit


Przełom lutego i marca obfitował w koncertowe uniesienia. Powoli zaczęliśmy się z A. uzależniać od dźwięków i świateł i gdyby nie portfelowe pustki zapewne kontynuowalibyśmy naszą muzyczną przygodę. Na razie mówimy jednak pass i oddajemy się wspomnieniom. W lutym zaliczyliśmy koncert Łąki Łan i Depeche Mode:) Nie muszę chyba podkreślać jak ważnym wydarzeniem było dla nas obcowanie z "Depeszami"!!! Byliśmy pod wrażeniem zarówno ogromu przedsięwzięcia jak i samego koncertu. Pomimo, że pierwszy raz doświadczaliśmy podobnego uniesienia, w żaden sposób zarówno ja jak i A. nie odczuliśmy wyobcowania wśród zagorzałych fanów zespołu. Było po prostu pięknie i magicznie. 15 tysięcy śpiewających gardeł i ten dominujący czarny kolor....jeśli zaś chodzi o sam występ, to chłopaki, a właściwie dojrzali mężczyźni z Wielkiej Brytanii, pokazali, co to znaczy miłość do muzyki i perfekcjonizm. Koncert trwał ponad dwie godziny, podczas, których ani na chwilę nie odniosłam wrażenia, że robią coś z musu, że rutynowo podchodzą do występu, że myślą jedynie o ciepłych łóżkach, czy też zimnej whiskey. Nic podobnego!!! Mieli tyle energii, że zawstydzili nawet mnie, gdy na ostatnich utworach, usiadłam ze zmęczenia na swoim miejscu. Czułam w ich występie radość z tego, co robią i radość jaką czerpali od nas. Uśmiech Gahana, gdy tłum śpiewał razem z nim i wdzięczność połączona z zawstydzeniem Martina, gdy publiczność oklaskiwała jego występy były niesamowite i niepowtarzalne!!! Po koncercie niestety nie miałam żadnych snów z udziałem DM, ale zrzucam, to na karb zmęczenia, za to A. jeszcze we śnie delektował się koncertową atmosferą (szczęściarz!!) 
Ostatnim koncertem, na którym byliśmy był występ Piotra Roguckiego w Wytwórni. Przyznam, że szliśmy na ów koncert z mieszanymi uczuciami. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że Piotra darzę miłością ogromną i wdzięczna mu jestem za, te wszystkie koncerty w Dekompresji ( zarówno tej starej, jak i nowej) kiedy zdzierałam gardło przy Leszku Żukowskim i płakałam przy 100 tysiącach. Ostatnio jednak niepokoiłam się zarówno stanem głosu Roguca jak i jego wyborami artystycznymi...Bałam się więc tego koncertu, bałam jak żadnego innego...Piotr utarł mi nosa. Zaśpiewał pięknie...bez kombinowania, bez ubarwiania, bez tego co tak bardzo mi w jego występach przeszkadzało. To był ten sam Roguc...choć może pewniejszy siebie, choć może bardziej wygadany, to jednak z tą samą wrażliwością i tym samym cholernie mocnym głosem. Wiem, że nie byłam osamotniona w swojej ocenie, gdyż publiczność nie chciała się z Piotrem pożegnać. Jedna z fanek Roguca krzyczała nawet, że cena nie gra roli, byleby tylko nie przerywał występu!!
Jak więc sami widzicie "Pozimie" upłynęło nam pod znakiem dobrej muzyki. Teraz czas na dobre kino i dobrą literaturę! 
M1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz