Sytuacja nr 1: Jadę tramwajem. Rozglądam się. Dookoła pełno młodzieży licealnej i studenckiej. Jak okiem sięgnąć wszyscy w rękach trzymają telefony, smartphone'y, tablety i inne takie. Nie czepiam się. Sama mam telefon w kieszeni, przez który słucham mp3. No ale rozglądam się dalej i widzę, że większość dzieciaków poza tym, że rozmawia ze sobą, ma jedną słuchawkę zostawioną w uchu. Domniemywam, że rozmawiając, słuchają muzyki. To mnie dziwi i zastanawia, bo ja taka wielozadaniowa nie jestem. Albo czegoś słucham, albo z kimś rozmawiam. Robienie tych rzeczy jednocześnie zaburza mi któryś przekaz lub oba jednocześnie.
Sytuacja nr 2: Mam dyżur. Chodzę po korytarzu. Jak okiem sięgnąć, od jednego końca korytarza do drugiego wszystkie dzieciaki stoją, siedzą, półleżą z telefonem w ręku. Sytuacja z tramwaju powtarza się. Dyskretnie zerkam na wyświetlacze. Okazuje się, że słuchanie muzyki, rozmawianie na żywo z kolegami naraz, to nic, bo większość z nich jeszcze siedzi na FB. Moje zdumienie nie ma granic.
Wnioski: Jest to zjawisko fascynujące i zatrważające po trochu. Następuje tu jakieś zwielokrotnienie rzeczywistości, w której funkcjonuje współczesna młodzież. Może ględzę, może to, o czym piszę, jest zrzędzeniem stetryczałej baby, ale zastanawiam się, jak to jest, że ta ilość bodźców werbalnych, wizualnych, dotykowych ich nie rozprasza, że są w stanie kontrolować wszystko naraz. Możliwe, a raczej bardzo prawdopodobne, że jakość tych kontaktów jest uboższa, okrojona, ale fakt faktem, jest i odbywa się w najlepsze. Nie będę tu zwiastować żadnej apokalipsy i upadku obyczajowości. Nie wyobrażam sobie jednak, by w gronie moich rówieśników, dostojnych (prawie) 30-latków, możliwa była taka komunikacja jak w sytuacji 1 i 2. No ale dzieciaki tak mają i już. Znak czasu? m2

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz