czwartek, 14 czerwca 2012

weselny marsz pogrzebowy


 http://www.flickr.com/photos/kudumomo/739074854/

Poczynię teraz dwa wyznania. Pierwsze nikogo nie powinno zaskoczyć: nienawidzę wesel, drugie może dziwić: uwielbiam śluby. Wiem, że oba te wydarzenia są ze sobą nierozerwalnie związane, ale wg mnie, ślub jest zazwyczaj piękny, autentyczny, szczery i wzruszający, zaś wesele to, mówiąc delikatnie, kompletna strata czasu i wyrzucanie pieniędzy w błoto. Naprawdę, nie byłam w swoim życiu na choćby jednym weselu, które by mi się podobało. Nikogo nie chcę urazić, to po prostu nie moja bajka: zazwyczaj kiepsko grająca kapela lub dj, żarcie przez całą noc rożnych, nie zawsze smacznych, ciężkostrawnych rzeczy i jeśli to wesele w rodzinie, kupa naprutych wujków, ciotek, kuzynów, którzy odczuwają nieprzepartą chęć, by udzielać człowiekowi lekcji życia. A jeśli jeszcze na takim rodzinnym weselu jest się prawie że ostatnią panną na wydaniu, to ma się po prostu przerąbane.
Uwielbiam  śluby. Poddenerwowanych państwa młodych, którym drżą głosy, trzęsą się ręce. Uwielbiam tę atmosferę oddania, miłości, zaufania. Mam ciarki po plecach, jeśli czytany jest "Hymn o miłości" św. Pawła i nawet na marszu Mandelsona kręci mi się łezka w oku. Na swoje szczęście, na większości ślubów, na jakich byłam, czułam właśnie tę magię i niezwykłość, dzięki której zaciskałam dzielnie zęby na weselach i tylko chowałam się w toaletach na czas oczepin, zamiast wracać do domu. I tak, ja stary cynik, na ślubie i weselu brata i mojej, oficjalnie już, "nowej siostry", miałam autentyczną radochę patrząc na ich szczęście... Tym niemniej, jeśli przyjdzie kiedyś taki dzień, że sama z siebie, zechcę urządzać swoje wesele, a do tego spraszać całą moją rodzinę, uprzejmie wszystkich proszę o sprawdzenie, czy nie podano mi jakiś silnych środków psychotropowych lub czy może w końcu definitywnie mi odbiło... m2

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz