środa, 3 sierpnia 2011

cel osiągnięty..

Dawno, dawno temu, w jednym z marcowych postów, marudziłam w sprawie dotyczącej mojej wagi. Waga plasowała się na pozycji 50 kg i była mi stanowczo nie w smak. Obiecałam, że podzielę się radosną nowiną, kiedy cyfry spadną do poziomu rysującego uśmiech na mej twarzy. Teraz w końcu mogę, więc chwalę się. Moi Drodzy, ważę 46 kg, co przeszło moje najśmielsze oczekiwania, gdyż jak pamiętacie (lub też nie, bo kto oprócz mnie samej interesowałby się moim tłuszczem) zakładałam spadek o 3 kg,  a tu pani ważąca pokazuje 4kg mniej. Se se se se (z jakiej to kreskówki?). Niektórzy z Was zapewne zaniosą się szyderczym śmiechem i powiedzą, że co to jest 4kg w 4 miesiące? Żaden wyczyn, nic wielkiego. Pewnie, zgodzę się, że do Księgi Rekordów Guiness'a mnie nie zapiszą i nie pokażą mojego przykładu w telewizji, chociażby regionalnej, ale jest to mój osobisty sukces i moja wewnętrzna radość, więc z kim jak nie z Wami mam się nią dzielić?
Dla zainteresowanych:
- ciemne pieczywo (choć nie zawsze)
- spożywanie dużej ilości wody
- zrezygnowanie niemalże całkowicie z ziemniaków
- fast food'y raz w miesiącu (cudowna dyspensa)
- activia połączona z otrębami na przynajmniej 4 śniadania w tygodniu
- słodzenie herbat i kaw jedną łyżeczką cukru ( kiedyś były dwie)
- dużo ruchu (aura sprzyja)
- sesja
- inne stresy ( czego nie polecam oczywiście, ale czasem pojawiają się jak wiemy nie z naszej inicjatywy)
Pozdrawiam odchudzających się i życzę powodzenia. Najważniejsze, to nie spinać się i drobić jak gejsza ku wyznaczonym celom. M1


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz