Ja, stary cynik, miewam w swym życiu chwile, gdy budzi się we mnie głęboko uśpiony romantyzm i wiara w magię. Świat staje się wtedy ociupinkę lepszy, a powietrze łatwiejsze, przyjemniejsze do oddychania. Takie coś dzieje mi się zawsze w Krakowie. Niektórzy mogą się skrzywić, że przecież to banał, że oklepane, że tam to teraz tylko komercja, tandeta i pokarm dla turystów z zagranicy. A ja odpowiem racja i ok, ale zawsze, za każdym razem, gdy zbliżam się do Rynku, do tej granicy między boczną uliczka, a tym centralnym punktem miasta, puls mi przyspiesza z ekscytacji, a na twarzy wykwita uśmiech przeszczęścia. Bo chociaż byłam już tam kilkanaście razy, bo nawet jeśli nie ma tam już nic, co mogłoby mnie zaskoczyć, to choćby lał deszcz, a śnieg zacinał, to miejsce to sprawia, że chce mi się uśmiechać.
Kilka dnia temu udało mi się tam znów pojechać. Co prawda tylko na dwa dni, ale zdecydowanie mogę napisać, że były to najlepsze dni tego miesiąca. I ja naprawdę nie robiłam tam niczego niesamowitego. Obeszłam Rynek kilkadziesiąt razy, siedziałam u stóp Adasia, wysłuchałam z ekscytacją hejnału, pokarmiłam gołębie i jakby przy okazji, weszłam do kilku muzeów, w których mnie wcześniej nie było. I to naprawdę tyle. Żadnej rewelacji, ale dla mnie, to wydarzenie urasta do rangi czegoś wspaniałego. Bo jest w Krakowie coś cudownego, jakaś magia (o matko, jakie to infantylne), której nie poczułam w żadnym innym mieście, łącznie z moim rodzinnym.
Marzy mi się pojechać tam znów na trochę dłużej, by po prostu posiedzieć sobie, pooddychać Krakowem i na chwil kilka niczym się nie przejmować... Ech, co ja bym zrobiła, by Kraków był bliżej. Albo żeby w Łodzi był taki Rynek, choć może to nie byłoby to samo, mieć to wszystko na wyciągniecie ręki... Cóż, pozostaje mi tylko planowanie kolejnego wypadu. Kto chętny? m2
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz