Zakole Warty (z archiwum prywatnego)
Wróciłam! Jestem cała i zdrowa, oczywiście na ciele, bo z umysłem nigdy za dobrze nie było... Muszę też przyznać, że wyjazd nie był wcale złym pomysłem. Z nowymi siłami zabieram się zatem do napisania tego posta.
Tak, jak można się było tego spodziewać, chociaż to centrum Europy, choć kraj niby cywilizowany, to w miejscu, gdzie się znalazłam zasięgu nie było. Już w momencie wjeżdżania do okolicznej wsi z siedmiu kresek na wyświetlaczu została mi się jedna. I po niej ślad zaginął w momencie wjechania w las. Pani, która nas zakwaterowywała, łaskawie powiedziała, że zasięg jest, ale trzeba go najpierw znaleźć, a jak już się go znajdzie, to lepiej się nie ruszać, by go nie stracić. I tak, gdy tylko wszyscy rozlokowaliśmy się w pokojach, zaczęły się wielkie poszukiwania zasięgu. Z góry zaznaczam, że nie byliśmy jakimiś fanatykami i że to nie były objawy syndromu odstawienia, ale konieczność poinformowania najbliższych o bezpiecznym dotarciu do celu. Ja sama odkryłam, że mogę wysyłać smsy leżąc na łóżku. Najlepszy zasięg osiągałam poprzez wciśnięcie się w kąt i wyciągnięcie ręki do góry. Wysłanie smsa nie było jednoznaczne z bezproblemowym otrzymaniem na niego odpowiedzi. Trzeba było znaleźć miejsce, gdzie położony telefon mógł mieć szanse na zdobycie zasięgu, a i tak sms zwrotny docierał nawet z kilkugodzinnym opóźnieniem. Innym problemem było odbieranie telefonów. W ciągu trzech dni pobytu w tej głuszy dźwięk dzwoniącego telefonu urósł wręcz do rangi fenomenu. Jednak to, że ktoś się dodzwonił, nie gwarantowało odbycia konwersacji. Zgodnie z sugestiami pani kierownik zastygaliśmy w miejscu i staraliśmy się kontakt podtrzymać.
Ktoś niewtajemniczony w te realia, będąc bezstronnym obserwatorem, mógłby się nieźle ubawić, obserwując nasze zachowanie. Oto grupa prawie pięćdziesięciu osób lata po terenie całego ośrodka, wchodzi na ławki, mury, płoty z komórkami w rękach i próbuje złapać falę telekomunikacyjną (choć nie wiem, czy to fachowe określenie).
Jednak wbrew mym obawom, wcale nie okazało się, że jestem uzależniona od komórki. Świat mi się nie zawalił, nie wpatrywałam się cały dzień z rozpaczą w ekran, modląc się o cudowne zesłanie zasięgu. Nie wspominam tych trzech dni jako drogi przez mękę. Muszę przyznać, że ten służbowy wyjazd był bardzo dobrym pomysłem. Brak zasięgu okazał się zaletą - zero zawracania głowy, zero zmartwień, a wszystko to dzięki matce naturze. Taki wypad oznacza relaks przez duże R. Człowiek nie tylko odpoczywa, ale i dystansuje się wobec wszystkich i wszystkiego. To taki reset, który w dzisiejszym świecie jest luksusem i rzadkością.Ale, ale, żeby nie wyszło, że nagle stałam się miłośniczką gór, lasów i przyrody. Trzy dni na odludziu - jestem na tak, lubię to, polecam, ale tak na stałe, tak w kółko tylko z chrabąszczami i wiatrem we włosach... No jednak nie:) Zresetowałam się, więc z nową energią i wypoczęta wsłucham się już dziś i to z niekłamaną przyjemnością w szum miasta... m2
była matka natura, a teraz będzie matka matura :)
OdpowiedzUsuńMNov
kuźwa, a każdą matkę trzeba szanować...
OdpowiedzUsuń