środa, 20 kwietnia 2011

z kim do zdjęcia?

                                                                  http://www.flickr.com/photos/vtda/4300716354/


Jestem jedynaczką. Jako mała dziewczynka zawsze marzyłam o starszym bracie, takim co to będzie mnie bronił przed głupimi kolegami, którzy upodobali sobie moje długie warkocze. Oczywiście mój brat z założenia powinien był mieć mnóstwo przystojnych kolegów:) Niestety rodzice nie mogli zapewnić mi starszego brata, choć proponowałam im adopcję:), a i z młodszym rodzeństwem nie wykazali się i nie spłodzili swojej córce kogoś do towarzystwa. Jestem więc sama na świecie, pomijając jednego jedynego brata ciotecznego, a tak właściwie wujecznego. Między mną a Młodym jest 10 lat różnicy. Spotykamy się tylko na obowiązkowych rodzinnych imprezach i czasem wymienimy się grzecznościami na gadu. Ot co!
Myślę, że tak naprawdę coraz bardziej odczuwam dokuczliwy brak rodzeństwa lub chociażby dużej rodziny. Miałam okazję ostatnio uczestniczyć w spędzie niespokrewnionych ze mną osób. W malutkim pokoju siedziało nas około 20, na podłodze, kanapie, krzesłach i pomimo tego, że powód spotkania był smutny, to nie czuło się ciężkiej atmosfery, tylko cholernie mocną więź i ciepło między wszystkimi osobami. Przyznam się bez bicia, że płakałam ze śmiechu. Na koniec zostałam wyściskana, wycałowana i gdzieś tam w środku poczułam żal, że w święta, za którymi nie przepadam, będę skazana na te same historie, te same twarze, na nudę. Mam jednak taka cichą nadzieję, że może ja pomyślę o tym, żeby nie narażać mojego potomka, jeśli się kiedyś wykluje, na samotną drogę. Tak, wiem kasa, poród i inne prozaiczne powody niesprzyjające prokreacji i wielodzietności. Pieprzę to wszystko, chce mieć trójkę dzieci.
Ps. m2 powinna być zadowolona z mojej deklaracji. Wszak trzeba tworzyć wyże demograficzne, żeby nauczyciele mięli pełne ręce roboty. M1
PS m2:  Ilość dzieciorów jest mile widziana, ale dorzucę swe trzy grosze do tego posta jako posiadaczka rodzeństwa. Przez większą część życia byłam z tego powodu mocno niezadowolona. Wynika to z tego, że mamy z bratem skrajnie różne, a może właśnie podobne charaktery. W każdym razie ,nasze osobowości są wybitnie spolaryzowane i wykluczające pokojowe współegzystowanie. Nie będę tu opisywać scen dantejskich do jakich między nami dochodziło, nadmienię tylko, iż chwila, w której zdecydował się on na wyprowadzkę, była najszczęśliwszą w moim życiu. Okazało się, że separacja nam służy. Im rzadziej się widzimy, tym bardziej się tolerujemy, może nawet lubimy. A co do licznej rodziny, to osobiście taką posiadam. Przy czym, to dobro, zwłaszcza  podawane w nadmiarze, może się przejeść a nawet skończyć ciężką niestrawnością. Ja toleruję około 1/4 mojej rodziny. W całej reszcie odrzuca mnie zaściankowość, kierowanie się stereotypami i niedorzecznościami, wieczne ponuractwo, świetoszkowatość i permanentne zainteresowanie moim życiem osobistym, w tym i łóżkowym. Święcie wierzę w zasadę, że z rodziną najlepiej się wychodzi na zdjęciu. Przekonałam się też, że najbliżsi, najserdeczniejsi i najlepiej rozumiejący mnie ludzie to ci spoza mojej rodziny, to ludzie, z którymi nie wiąże mnie żadne pokrewieństwo, no może poza duchowym. Ktoś taki akceptuje Cię w pełni, całkowicie, jako człowieka, a nie po prostu kolejną gębę, z którą trzeba zjeść świąteczny obiad. Na szczęście i tych pozytywnych "obcych" dusz mam co niemiara, a ta najbliższa moja rodzina jest prawdziwie serdeczna i do wytrzymania;) Jest więc nadzieja, że jakoś przetrwam nadchodzące oraz wszystkie inne święta. m2

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz