http://www.flickr.com/photos/penmachine/1470553581/
Do napisania tego posta zainspirowała mnie świąteczne spotkanie w mojej pracy. Ponieważ lubimy się spotykać i celebrować różne okoliczność, również przed Wielkanocą zdecydowaliśmy się zorganizować małą uroczystość. I tak zbiórka funduszy została ogłoszona i przeprowadzona, zakupy zrobione, jajka i biała kiełbasa ugotowane a stół udekorowany świątecznie. Nic tylko jeść i cieszyć się z nadchodzącej Wielkanocy. Po chwili namysłu i po wnikliwej feministycznej obserwacji, doszłam jednak do wniosku, że nie wszystko jest ok. Kto bowiem zrobił zakupy, kto ugotował żarcie, kto udekorował stół i wszystko przygotował? Ano my, kobiety... A nasi szacowni koledzy przyszli sobie na gotowe, usiedli przy stole, zjedli, co zjeść mieli, a jak już było po wszystkim oddalili się w sobie tylko znanym kierunku. My zaś, wierne posługaczki, zostałyśmy się z górą garów do posprzątania i pozmywania. Uprzedzam ewentualne, szowinistyczne uwagi, że taki jest tradycyjny podział ról, że miejsce kobiety jest przy garach, że od epoki kamienia łupanego facet miał iść i upolować mamuta, a kobieta była od zrobienia mamucich steków. Idąc tym tropem bowiem, moi koledzy z pracy powinni sami udać się do sklepu i przytachać nam zakupy, żebyśmy my mogły posiłek zrobić. Tym czasem wyszło, jak wyszło.
Abstrahując od mojej pracy, takie zachowania od lat obserwuję w swojej rodzinie. Widzę moją mamę, ciotki, kuzynki uginające się po ciężarem zakupów i wracających do domu z pracy, by mężowi pod nos jedzonko podać. Do końca życia nie zapomnę widoku mojej będącej w zaawansowanej ciąży kuzynki, która ledwo powłócząc nogi, których zapewne spod swego brzucha już nie widziała, przynosiła swemu mężusiowi z kuchni obiadek na talerzu i podtykała pod nos. A jaśnie pan siedział rozparty na kanapie i czekał na obsłużenie. Bóg mi świadkiem, do tej pory nie wiem, kogo miałam ochotę bardziej strzelić – ją czy jego. I ze szczerym współczuciem myślę o ich narodzonym już synku, którego ta para wychowa zapewne na kolejnego rozpuszczonego i przyzwyczajonego do bycia obsługiwanym jaśnie paniczem. Kolejny raz święta w mojej rodzinie będą wyglądać tak, że się kobity zabunkrują od wczesnych godzin porannych w kuchni i wyjdą z nich dopiero ciemną nocą. Iście po świątecznemu ręce sobie urobią śniadankiem, obiadkiem, podwieczorkiem, kolacyjką. Będą piec, smażyć, gotować, kroić, zmywać, wycierać, podawać, nosić, odnosić. Mężczyźni zaś godnie w swych garniturach usiądą przed tv i jak to głowy rodziny będą obsługiwani. Nawet się nie odezwą czy może talerze posprzątać ze stołu lub powycierać po zmywaniu. I bynajmniej im się nie dziwię i absolutnie się ich nie czepiam, bo zgraja kobiet im odpowie, że nie trzeba, że niech sobie odpoczną po trudach wpatrywania się w tv i konsumowania kolejnych dań. Ja, feministka, chcę w tym momencie powiedzieć, że kobiety są głupie w swoim "posługactwie" i dobrowolnej służalczości, że same na siebie kierat nałożyły i trwają w nim nie widząc swojego zmęczenia, swojego trudu i nie potrafiąc się nim podzielić i go zmniejszyć. Głupie, bo urabiają się po łokcie, bo harują jak niewolnice i traktują to jako coś oczywistego, tożsamego z ich płcią i osobowością. Mierzi mnie to niemożebnie i doprowadza do szewskiej pasji, ale zaciskam zęby i zgrzytam nimi, bo 70-letnich cioć i babć feministycznie już nie nawrócę. Nie jestem też typem rewolucjonistki, co to święta zakłóci z powodu swych przekonań. Może to hipokryzja, a może dobre wychowanie... W każdym razie, w swoim i M1 imieniu życzę Wam wszystkich wesołych świąt, może nawet w duchu feministycznym, a co;) m2

"tymczasem".
OdpowiedzUsuńOj, coś w tym jest, prawdziwego.
Zmiana obyczajów widać należy do naszego pokolenia...
MNov