Doszłyśmy ostatnio do wniosku z przyjaciółką, że coś z nami jest nie w porządku. Jesteśmy masochistkami. Uwielbiamy zadręczać się tysiącem mniej lub bardziej ważnych spraw, a wszystko po to, aby tylko czuć choć odrobinę bólu (w myśl zasady jak boli, to znaczy, że żyjesz). Pal sześć, jeśli zadajemy sobie cierpienie, tak wewnętrznie i nie ranimy osób dookoła (choć z pewnością zaowocuje, to w przyszłości jakimś dziwnym schorzeniem). Gorzej natomiast, jeśli nasze upodobania mają wpływ na otoczenie, wtedy zdecydowanie robi się niefajnie. Nasz masochizm prezentuje się on następująco:
- Zabieramy się za rzeczy, które wiemy, że z góry są skazane na niepowodzenie, ale i tak je robimy, żeby pomarudzić i pocierpieć Oczywiście wymieniamy się ze sobą w tzw. międzyczasie naszymi iście traumatycznymi doświadczeniami, bo istotne jest samo dzielenie się spostrzeżeniami z drugą osobą i wielogodzinne dywagacje, często suto zakropione i udekorowane smętnymi pieśniami płynącymi z trzewi lapka.
- Szukamy dziury w całym naszym wszechświecie i oczywiście, jako osoby spostrzegawcze i inteligentne, znajdujemy ją bardzo szybko i z jeno dziureczki tworzymy dziurę niemalże ozonową
- Jak już sytuacja, w której przyszło nam się odnaleźć, rzeczywiście powoduje ukłucia w sercu, to czujemy dziwną satysfakcję, bo przecież przewidziałyśmy, że tak właśnie będzie!! Oko proroka, saurona czy innego mitycznego bohatera, dostrzeże bowiem wszystko!
- A kiedy już cierpimy, to z patosem, jak bohaterki romantycznych opowieści, do końca, dogłębnie, na całego, bo jaki jest sens w powierzchownym cierpieniu?
Jestem naprawdę ciekawa, czy tylko my, takie pokręcone jesteśmy, czy jest nas więcej? M1

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz