poniedziałek, 14 lutego 2011

stara panna survival



http://www.flickr.com/photos/chutesandladders/3138974149/

Jest taka pamiętna scena w "Bridget Jones" gdy główna bohaterka przychodzi do znajomych na kolację. Oprócz niej, jedynej singielki, są tam jeszcze ze trzy, cztery pary. I siedzi ona biedna przy tym stole, patrzy na ćwierkające pary i odpowiada na kretyńskie pytania, że czemu sama, że jak to, że zegar biologiczny tyka i trza się spieszyć, bo jajeczka tracą termin ważności. Na ostatniej imprezie, ze zgrozą stwierdziłam, że to mnie przypadła rola Bridget Jones. Patrzę wokół siebie, a tu same pary lub prawie pary i ja jedna, taki dysonans pomiędzy zakochanymi. Nikt, co prawda, nie zadawał mi kretyńskich pytań i nie udzielał cennych rad, ale odczucie wykluczenia z tego stadka miłości i bycia w duecie, było nieodparte.
To jeszcze nic. W przeciągu kilku lat dosłownie bombarduję mnie zdjęcia znajomych na nk z ich ślubów lub z nowo narodzonym dzieckiem. Liczba kolegów i koleżanek w stanie singielsta, bez chęci i planów na zmianę tego stanu rzeczy coraz bardziej się kurczy. I nie chodzi mi o to, że im szczęście małżeńskiego zazdroszczę, bo bynajmniej, może z racji braku kandydata, wcale mi na byciu żoną nie zależy (swoją drogą nigdy słowa "żona" nie lubiłam). Niepokoi mnie to, że zaczynam nie pasować do towarzystwa, że odstaję, staję się wyjątkiem, kimś innym. Wszyscy nagle chcą wiedzieć dlaczego jestem sama i kiedy zechcę to zmienić. Staje się to ogólnoludzkim problemem, o którym trzeba dyskutować i dywagować. Wszyscy mają jakieś złote rady, a nawet szczere chęci, by mnie z jakimś tam znajomym swatać. A moje odpowiedzi, że jest mi samej dobrze, traktują jak krygowanie się graniczące z herezją...
I jeszcze pół bidy ze znajomymi. Ich można zbyć lub, w razie bardzo namolnego przypadku, po prostu kazać się odczepić. Ale, ale, prawdziwym ekstremum jest rodzina. Solidna, polska, o tradycyjnych katolickich wartościach i światopoglądzie płynącym w żyłach. Już niedługo czeka mnie kolejne wesele, na które nie mogę nie iść i na którym to, uwaga, uwaga, będę najstarszą i jedyną pełnoletnią kuzynką w stanie (staro)panieństwa  i bez konkretnych widoków i planów na zmianę tej postaci rzeczy. Ja już widzę te karcąco-współczujące spojrzenia ciotko-wujków-kuzynek, które to będą się litować i pół żartem pół serio przygadywać, że kolejne wesele, to już musi być moje. Ja wiem, że powinnam się zdystansować i obrócić wszystko w żart, ale namolność i kompletny brak subtelności, po prostu mi to uniemożliwiają. Na czas oczepin jak nic, będę się musiała zatrzasnąć w jakimś wc albo schować się w piwnicy czy co...A jak mnie znajdą i zmuszą do tego upokarzającego rytuału, to ostentacyjnie stanę z założonymi  rękami i palcem nie ruszę, by cokolwiek złapać, a jak będzie na mnie ten cały welon czy bukiet leciał, to choćbym się miała jak w Matrixie wygiąć, nie dotknę, nie złapię...
Bycie starą panną czy singielką z wyboru, jest dla wielu  rzeczą nie do pojęcia, ba, absolutnie nie do zaakceptowania. To jest metka, z której trzeba się tłumaczyć, a nawet za nią przepraszać. I jak to wszystko się podsumuje, to wychodzi z tego mieszanka wybuchowa: niezrozumienie, brak akceptacji i dla smaku jeszcze politowanie i nieszczere współczucie... Można się udławić, czyż nie? m2

6 komentarzy:

  1. Jeeej, łapanie welonu, znienawidzona weselna zabawa (nawet jeśli nie jestem singielką, to nie lubię, szczerze nie lubię wesel i tych wszystkich oczepinowych przaśnych zabaw (ale to pewnie byłby materiał na osobny post, prawda?;)
    Myślę, że wśród młodych panują zarówno większa akceptacja, jak i większy takt (bo przecież nikt nie lubi zadawanych na okrągło tych samych irytujących pytań). A rodzinka... cóż. Z tym swoim podejściem "ja wiem, co dla Ciebie najlepsze" to jest czasem urocza, ale częściej (oj, częściej!) irytująca :)
    Pozdrawiam - mn

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę w takim razie moja rodzina, to wyjątek:P nikt mi nigdy nie mówił, że już powinnam dawno do ołtarza iść..:)M1

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja postawiłam sprawę jasno — jeśli nie mam z kim iść na wesele lub inną imprezę, na której nie wypada być bez partnera — po prostu nie idę i KONIEC. I absolutnie nie biorą mnie hasła typu: bo się obrażą, jesteś arodzinna itp. To jest moja sprawa i już. Raz przegięłam, odpowiadając mężowi mojej dalekiej kuzynki przy biesiadnym stole: "To, że nie mam stałego partnera, nie znaczy, że nie mam udanego życia seksualnego" (ewidentnie go to interesowało). Jeśli ktoś nie potrafi uszanować mojej prywatności, to niech ma za swoje:))) Swoją drogą, ludzie wcale się nie zastanawiają, jakie mogą być przyczyny braku partnera. Ktoś chce być sam i mu z tym dobrze, ktoś inny mógł zostać bardzo skrzywdzony, a komuś innemu po prostu życie się nie układa.I wystarczy,że musi się zmagać samotnie z codziennością.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na rodzinę czasem nic się nie poradzi. Przygadywanie, nietaktowne czy wręcz chamskie pytanie, bezcenne rady.... wiem, ze ,,olej to" brzmi banalnie, ale nie ma innego sposobu. Ze znajomymi jest inaczej, jeśli są to bliscy ludzie, wydaje mi się, że odczucie tego ,,niepasowania" czasem siedzi trochę w człowieku, na to przynajmniej wskazuje moje doświadczenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. No widzisz, a co powiesz na kobietę która ma wspaniałego partnera i wszystkie możliwości, by się wiązać, robić dzieci i tego typu inne bzdety, a po prostu nie chce? Nie chce i koniec! Bez żadnych przyczyn, nie dlatego że jest egoistką i chce niby żyć wygodnie, tylko nie chce i już. Tak jak niektórzy wolą pomarańcze a inni mandarynki - ta sama zasada. Czy tak trudno to ludziom pojąć? Ale sama wiesz, że ludzie to istoty stadne, że trzeba wbijać się w schematy, bo w przeciwnym razie będzie od Ciebie wiało "czarną owcą". Wybór zatem nie jest łatwy. Ja już wybrałam..

    OdpowiedzUsuń
  6. Po części trochę Cię rozumiem M2 ;), ale głowa do góry.

    OdpowiedzUsuń