(ze zbiorów prywatnych)
W myśl zasady, że nic co ludzkie, nie jest mi obce, zwołałam z okazji długiego weekendu spotkanie towarzyskie. Grono imprezowiczów było nieliczne, za to zaprawione w boju i gwarantujące miłe spędzenie czasu. Rzeczą niezbędną musiał być oczywiście alkohol. Znając się jak łyse konie i mając za sobą długoletnią praktykę we wspólnym oddawaniu się pijaństwu, przystąpiliśmy do dzieła. Pragnę zaznaczyć, że to, co teraz opiszę, zdarza się nieczęsto i zawsze pozostaje pod kontrolą i w granicach przyzwoitości.
Pierwszy drink przeszedł gładko. Został poprzedzony przyzwoitą przekąską i godnym toastem. Drugi drink był równie przyjemny jak pierwszy. Powodował większe przypływy radości, a toasty nie były już tak godne jak początkowo. Atmosfera stała się więcej niż luźna, rzekłabym, że dość swawolna. Jej zwieńczeniem była sesja zdjęciowa. Zaczęła się od standardowych póz, ale szybko przerodziła się w improwizację z rekwizytami i odgrywaniem różnych mniej lub bardziej konwencjonalnych scenek. Sesja zdjęciowa popijana była drinkiem nr 3. W jej skutku ktoś zaliczył glebę, co również zostało sfotografowane. Drink nr 4 był tym, który wywołał falę dzikiej głupawki. U mnie na tym etapie dzieje się coś podobnego do stanu, jaki opisał w "Ferdydurke" Gombrowicz. Główny bohater odczuwa nieprzyjemne rozdwojenie i ma wrażenie, że poszczególne części ciała naśmiewają się z siebie nawzajem. Jest to uczucie dla Józia dość koszmarne, u mnie jednak podwoiło tylko wesołość. Miewam wrażenie, że przytomna, rozsądna i trzeźwa ja przygląda się sobie pijanej i ma przy tym niezły ubaw. Oczywiście, panuję nad sytuacją, ba, jestem w stanie napisać smsa z zachowaniem pełnej poprawności językowej! Drink nr 5 powoduje zjawisko helikoptera w głowie. Jest to już ewidentny sygnał dla mnie, że zbliżam się do stanu, w którym mogłoby ucierpieć moje poczucie godności. Po zdecydowanie słabszym od pozostałych drinku nr 6 pojawia się uczucie senności. Jestem jeszcze w stanie uprzątnąć rzeczywistość wokół siebie, by następnie paść jak długa na łóżka i spać snem sprawiedliwie pijanego bitych 12 godzin.Studium pijaństwa kończy się następnego dnia, zazwyczaj bez żadnych przykrych konsekwencji. Wszystko wracam do normy. Świat nie wiruje... Do następnego razu:) m2
bardzo przyzwoite studium. moi koledzy mogliby się z niego wiele nauczyć. w ich przypadku każde słowo 'drink' należałoby zamienić na 'flaszka', a końcowe uczucie senności nieco niweluje konieczność zapukania w niedzielny wieczór do drzwi, za którymi stoi rozwścieczona żona z wałkiem do ciasta:>
OdpowiedzUsuń