czwartek, 17 stycznia 2013

dzieciństwo


http://www.flickr.com/photos/lisa-m_photography/2265225476/

Gdy dziś myślę o swoim dzieciństwie, wydaje mi się, że są to czasy, których nie było. Wszystko jest rozmyte, niewyraźne i dziwnie nierealne. Pamiętam skrawki, urywki, jakieś detale bez znaczenia, Ot, pleciona torba z włóczki, z frędzlami, na ramię i na ekspres. Mieściła się w niej kanapka na drogę, pierwsza portmonetka ze smerfami, lalka i jej ciuchy na zmianę. I gdy wytężam pamięć, widzę swoją klasę na jakimś wyjeździe, jak czekając na tramwaj, autobus, stajemy w parku i gramy w ąse-madąse. No i smak oranżady w proszku, zwłaszcza ulubionej cytrynowej i tego, że prawie zawsze w sklepiku więcej było tej mniej dobrej pomarańczowej. Nie pamiętam zapachów. Próbuję wytężyć swe powonienie, przywołać odległe wonie, skojarzyć je z miejscami i nic. Czy to możliwe,  żeby moje dzieciństwo było bezzapachowe?
Nie jestem stetryczałam babcią. Nie przechodzę kryzysu wieku średniego, nie przygniata mnie ból świata, nie dręczy jaskółczy niepokój. Coś po prostu zaczęło kołatać mi się po głowie. Chyba pod wpływem książki, którą czytam, a której autor ze szczegółami opisuje swoje dzieciństwo i jego wpływ na swoje dorosłe życie. Moje dzieciństwo było i minęło. I chyba nie chciałabym do niego wrócić, nawet jeśli ludzie wtedy byli lepsi, życie prostsze, problemy mniejsze. Tylko czasami, w chwilach takich jak ta, w natłoku codziennej bieganiny, żal mi, że nie można już tak po prostu skrzyknąć dziewczyny, wyjść przed blok i wspólnie po prostu nic nie robić... m2

Dzieciństwo, to dla mnie wielka komoda, z tysiącami szuflad. Część z nich jest zamknięta, część otwiera się tylko na pewne wspomnienia, a część mam nadzieję, na zawsze pozostanie otwarta. Ale, żeby nie było tak obrzydliwie poetycko, to zacznę może od tego co ewidentnie kojarzy mi się z dzieciństwem:
- miliardy siniaków- myślę, że wszystkie dzieci, przynajmniej te "wychodzące" miały nogi i ręce pokolorowane na sino- żółty kolor. Czasem dochodziła do tego zdarta skóra, a z tym wiązała się już mniej przyjemna dezynfekcja ( przeważnie poprzedzoną rykiem)
- wakacje- Boże jak ja kochałam wakacje, szczególnie te nad jeziorem. Pamiętam jak łowiłam ryby z tatą na pomoście, jak z walkmanem przemierzałam polne drogi słuchając Varius Manx, jak zakochiwałam co chwila i wzdychałam do Coca-coli, Nike'a itp. ( takie przezwiska dawałyśmy chłopakom, żeby nie używać ich imion), jak co rano jadłam "podrzucane na patelni naleśniki", jak nuciłam Maxi Kaza:);
- podstawówka - nasze wygłupy, "afery", podrywy, wycieczki ( pierwszy Mc Donald w stolicy!!), wysyłane walentynki;
- najlepsze frytki robione przez babcię i najlepsze "tatowe" omlety;
-szał karteczkowy- " każdy z nas ich 500 miał"- tak mogłabym zaśpiewać;
I wreszcie pamiętny spacer z naszą wychowawczynią i jej pomysł by spotkać się za dziesięć lat i moja myśl- przecież to wieczność!!!
To wszystko minęło za szybko. Czasem zbyt nieświadomie uciekały chwile, które chciałabym teraz zapisać, utrwalić na jakimś nośniku, lepszym niż moja głowa, moja pamięć... Ech, a tak bardzo pragnęłam być wtedy DOROSŁA...M1



1 komentarz:

  1. Widzę, że nie tylko ja mam zbliżone wspomnienia :D

    OdpowiedzUsuń