piątek, 30 grudnia 2011

piple*


                                             www.flickr.com
                 
* Na wstępie tłumaczę dość enigmatycznie brzmiący tytuł posta, otóż piple, to nic innego jak spolszczony, i nieco przekształcony wyraz people, używany w takiej formie przez mojego ulubionego ucznia:). Będzie dziś o ludziach. Poruszam ten temat płynąc jeszcze na fali Świąt i wspominając mój pobyt w szpitalu. Dla tych, którzy rękami i nogami odcinają się od wszelakich ckliwych historii czy też czułostkowych i melancholijnych opowiastek przesyłam dwa słowa: NIE CZYTAĆ! 
Na ostatniej (notabene) bardzo przyjemnej imprezie świątecznej życzyłam sobie, żebym nauczona doświadczeniem reglamentowała zaufanie w stosunku do ludzi. Na moje prośby i utyskiwania zareagował  M.ON. podsumowując: ale przecież dobrze dobierasz sobie otoczenie. Zobacz.
Zarzuciłam więc wzrokiem, nie omijając nikogo i zgodnie stwierdziłam, że do cholery rzeczywiście całkiem niezła ferajna. Oczywiście brakowało paru osób do kompletu, ale Ci którzy przybyli stanowili centrum mojego wszechświata lub też pretendowali, do tego grona. I przyznam się jawnie, że nie wyobrażam sobie, żeby nie było ich w moim krajobrazie. Ludzie poruszający się w podobnych klimatach moralno-życiowych,  o podobnej wrażliwości i niemalże jednakowym postrzeganiu rzeczywistości, a jednocześnie tak wyjątkowi, różni i oryginalni. Co tu dużo pisać, dobrze mi z nimi. Każdy pełni inną funkcję, spełnia się w innej roli. Od każdego otrzymuję inną dawkę energii. Nie wiem jak długo trwać będziemy w takim składzie. Nie wiem na ile skład ten będzie ulegał zmianie. Wiem natomiast, to że moment, w którym zobaczyłam Ich przy moim szpitalnym łóżku, czy też chwila kiedy rozdawaliśmy sobie prezenty zostały na zawsze utrwalone w mojej pamięci i za nic w świecie nie chciałabym się pozbyć tych wspomnień.  
Całuje Was Wszystkich na łamach tego blogu, wzruszając się jednocześnie. Pielęgnujmy, to co mamy:) M1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz