poniedziałek, 24 października 2011

forever rudy



                                http://www.flickr.com/photos/_____graeme/5773391228/

W kaloszach dotarła do nas jesień, którą lubię z dwóch powodów. Po pierwsze, w listopadzie się urodziłam, a po drugie, kolory jesieni, to moje kolory. Uwielbiam zielony, brązowy, a nader wszystko kocham rudy. Ci, którzy mają przyjemność przebywania w moim i m2 towarzystwie, wiedzą z autopsji, że na naszych głowach, abstrahując od tego, co w się w nich znajduje, jest rudo. Nie jestem naturalnym rudzielcem (podobno tylko 3% populacji może poszczycić się tym darem), choć z rodzinnych opowieści wiem, że po urodzeniu byłam ruda, ale w wyniku babcinego czarowania, ciotecznego zaklinania kolor ów przerodził się w blond i przez dobrych 24 lat mego życia taki się utrzymywał. Potem doszło do ogromnego przełomu. Była to zmiana dość rewolucyjna i jak na mieszkanie w małej społeczność, dość drastyczna. Nie powiem, że z powodu owego koloru chciano mnie, tak jak to było w średniowieczu, palić na stosie, czy kamienować( swoją drogą, to ciekawe, że Judasz , Maria Magdalena i Lilth malowani są na obrazach z rudymi włosami), ale mówiąc pół-żartem, pół-serio, jest powszechnie wiadomym, że " co rude, a do tego małe", to na pewno przebiegłe i fałszywe. Docinki pewnie trwałyby do tej pory, gdyby nie okazało się, że rudy kolor pokochali celebryci, czy inne sławy z czerwonej wycieraczki i tym sposobem, przestałam być dziwna i inna. Tymczasem, rudy kolor tak do mnie przylgnął,  że tworzymy całość i chyba całkiem nieźle nam to wychodzi, skoro nawet przyjaciele nie pamiętają blondu. W tym wypadku zatem, powiedzenie, że rudy to nie kolor, rudy to charakter, pasuje idealnie. Pozdrawiam zatem wszystkie Rudzielce z m2 na przedzie. M1
Ps. A ja dodam od siebie, że moja przemiana w rudą zołzę też była sensacją. Moja mama, ujrzawszy mnie po raz pierwszy złapała się z głowę i przeżegnała. Obie moje babcie do tej pory wyrażają swą dezaprobatę i od lat nieustannie próbują wymóc na mnie zmianę koloru np. na jakiś delikatny blond. I tu słyszę w  swej głowie wybuch szaleńczego śmiechu, bo ja i blond, a tym bardziej ja i delikatność, to jak ożenić bin Ladena (niech mu ziemia...) z Marylin Monroe (jej ziemia też niech...). W każdym razie, za Jamesem Brownem mogę zanucić, że I feel good i niczego nie zmienię w związku z tym. m2

1 komentarz:

  1. blond? ładny, ale rudy to dopiero kolor! Rudzielce wszystkich krajów łączcie się. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń