poniedziałek, 6 czerwca 2011

koszmar pierwszej randki


http://www.flickr.com/photos/kamikazecactus/3721414196/

Uczynię teraz wyznanie. Nie cierpię chodzenia na randki. No dobra, przesadziłam z uogólnieniem. Nie przepadam za pierwszymi randkami. Jako dziewczyna powinnam się ekscytować, cieszyć i Bóg wie, co jeszcze robić, ale pierwsza randka zawsze wywołuje u mnie stany dalekie od ekscytacji, za to całkiem bliskie psychozy. Wynika to zapewne z mojej osobowości, stricte analitycznej, która próbuje przewidzieć wszelkie możliwe scenariusze. O, pomijam dylematy dotyczące ubioru, bo to temat na osobny post. Jak się jednak wszystko to zsumuje, rodzi się z tego w mojej głowie maleńki koszmarek. Jasne, posypią się odpowiedzi, że trzeba się wyluzować, iść na żywioł, dobrze bawić... Zazdroszczę wszystkim, którzy to potrafią, którzy umieją się nie przejmować. Ja to robię zawsze, za wszystkich i do przesady. Mam tego absolutną świadomość, wielokrotnie upominam się w myślach, ba, przeklinam samą siebie i wyzywam od psychopatycznych idiotek... Nie na wiele się to jednak zdaje. Jadąc na taką pierwszą randkę mam pozwiązywane w miliardy supełków wszystkie wnętrzności i naprawdę haniebną ochotę, by w ostatniej chwili wszystko odwołać. Już w trakcie samego spotkania, nerwy opadają, ale jeśli na daną randkę czekałam długo, powiedzmy tydzień, to jest to jednoznaczne z tygodniowym emocjonalnym sztormem. 
Muszę przyznać, że naprawdę byłabym skłonna wydać wszystkie oszczędności na klona, który chodziłby za mnie na pierwsze randki. Na drugie, trzecie itd. stawiałbym się już osobiście, ale tę pierwszą mógłby klon zaliczyć za mnie. Ta niechęć może też wynikać z tego, że jeśli chodzi o kwestie randkowe, jestem wybitnie nie kobieca. Jestem zakłopotana, a nawet do pewnego stopnia zirytowana tym, że to on za mnie płaci, przysuwa mi krzesło, pomaga założyć kurtkę i odprowadza mnie pod próg domu, choć sam mieszka na drugim końcu miasta. Czułabym się zdecydowanie lepiej, gdybym którąś z tych rzeczy mogła zrobić sama. Eghm, pewnie wychodzi ze mnie feministka... Ja wiem, to wszystko przejawy troski i dobrego wychowania, ale na własne odruchy nic nie poradzę. Ba, i daję sobie wszystkie kończyny poobcinać, że M1 zaraz mnie zruga i przedstawi zgoła odmienne zdanie, pełen superlatyw na temat tego całego cyrku z randkowaniem. m2


Wywołana do postowej tablicy, muszę zaskoczyć m2. Ja również przed każdą pierwszą randką jak i w trakcie jej trwania stresuje się niemiłosiernie, co często objawia się tym, że:
-nie jestem w stanie niczego przełknąć zarówno przed, w trakcie, jak i po
- wszystko leci mi z rąk i jestem totalnie zakręcona podczas przygotowań
- na samej randce natomiast, gadam za dwoje, ale nie koniecznie z sensem, żeby tylko przysłowiowej ciszy nie było, bo wiadomo, że wtedy klapa murowana!
Nie zgodzę się natomiast zupełnie z tym odprowadzaniem, tudzież odwożeniem pod dom, podsuwaniem krzesła i otwieraniem drzwi. To akurat M1 lubi i uznaje to za oznakę szacunku i dobrego wychowania. Jeśli zaś chodzi o płacenie za mnie na pierwszej randce, to rzeczywiście nie przepadam, chyba że owego delikwenta znam dość dobrze, wtedy płacenie za mnie w restauracji jest do przyjęcia. Zawsze później możemy iść na deser, za który ja z chęcią zapłacę.
Zastanawiam się natomiast, czy rzeczywiście chciałabym mieć klona od randkowania? Nie,  nie chciałabym. Wolę wszystko przeżywać sama, nawet jeśli będę musiała wypić herbatkę kojącą moje nerwy przed spotkaniem. Biorę, to wszystko na klatę. A co mi tam! Raz się żyje! M1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz