środa, 13 kwietnia 2011

castaway



 http://www.flickr.com/photos/ifijay/371082533/

No i stało się. Nieco wbrew samej sobie, zostałam wmanewrowana w wyjazd służbowy. Pewnie większość powie, że to przecież dobrze, że się wyrwę ze stałego miejsca pracy, porobię coś innego... Jako człowiek chronicznie obciążony genem marudzenia mogłabym tu wymieniać tysiąc powodów, dla których wyprawa ta mnie nie cieszy. Miłościwie powstrzymam się tu od litanii żalów i utyskiwań i skoncentruję się na jednym. Oto ja, mieszczuch, kobieta, w której żyłach płynie miejski zgiełk i pośpiech, muszę wyjechać na odludzie. Jadę do miejsca odciętego od świata, gdzie rzeka i wzniesienia zasłaniają nadajniki radiowe i gdzie zasięg, w porywach czystego szaleństwa i ogromnego szczęścia ma tylko jedna z telefonii komórkowych. I niby wyjazd krótki, i niby na weekend już będę w domu, ale jako osoba uzależniona od wysyłania smsów, poważnie się obawiam wystąpienia u mnie syndromu odstawieniowego...
Żeby nie było, że nic tylko narzekam, staram się, za Monthy Pytonem dostrzec jasną stronę życia. Zero komórki, zero internetu oznacza zero zawracania głowy i rzadki, w ostatnim czasie, święty spokój. A muszę uczciwie przyznać, że bardzo, bardzo mi tego potrzeba. Zatem moim mili, "challange accepted", pakuję się i ruszam w drogę. Po powrocie smaruję Wam posta o tym, jak to mieszczuch przetrwał wśród pól i lasów bez dostępu do cudów współczesnej techniki. m2

1 komentarz: