http://www.flickr.com/photos/psit/4823231612/
M1 pisała o strachu przed starością, Ja uważam, że jeśli ma się zdrowie, siłę i odpowiedni dystans do swego wieku, to ów "wiek sucharkowy" może być czasem pełnym wyzwań i przyjemności. Są natomiast, wg mnie, trzy rzeczy gorsze od starości: zaślepienie miłosne, utrata kogoś bliskiego i pobyt w szpitalu. Przeszłam wszystkie z tych trzech rzeczy i bardzo, bardzo nie chcę, by cokolwiek z tego przydarzyło mi się ponownie. Rozpiszę się teraz o trzecim z moich lęków.
Osoby, które będą zmuszone do "skorzystania" ze szpitala i świadczonych tam usług muszą pamiętać, że jest to alterland, równoległa, a przy tym kompletnie inna rzeczywistość. Rzadko to, co logiczne i przewidywalne ma tam miejsce. Potencjalny pacjent, jeśli chce być w centrum zainteresowania, powinien być ciekawym przypadkiem, jakąś zagadką, czymś do rozwiązania. Wiadomo wtedy, że poświęci się mu uwagę, dokładnie przebada i zrobi wszystko, by odkryć, co też w nim siedzi. Pacjent musi pamiętać o tym, by przed pójściem do szpitala niczego nie planować i nie zakładać. Jeśli myśli, że wyjdzie po 2-3 dniach, niech to pomnoży razy dziesięć. Oto bowiem pierwszy dzień pobytu polega na zakwaterowaniu. Zanim łaskawie dostanie się przydział sali i łóżka mija pól dnia. Jeśli nam szczęście dopisze, jeszcze tego dnia zbadają nam krew. Jeśli nie, odbędzie się to dnia następnego. Dzień drugi to zapoznanie się z zespołem lekarskim. Oglądają oni człowieka, macają, dotykają, aż w końcu decydują, jak go badać dalej. Ostrzegam, nawet jeśli dana placówka nazywa się szpitalem specjalistycznym, niekoniecznie musi ona posiadać sprzęt specjalistyczny. I tak, w celu dalszych badań, dnia trzeciego człowiek zostaje przewieziony do innego szpitala, w którym dany sprzęt jest. Jeśli pacjent ma pecha, dane badanie wypada w piątek i jego wyniki będą dopiero w poniedziałek popołudniu. Kumulacja pecha następuje, gdy wychodzi na jaw, że w szpitalu nie ma przepustek i cały boży weekend spędza się w sali... Zakładając, że badania doszły, że konsylium się zebrało, pacjent zostaje wezwany i ogłoszona mu zostaje wiadomość o terminie jego zabiegu. Wiąże się to z określonymi przyjemnościami takimi jak poszczenie, a od godziny 22 danego dnia wstrzymanie się od picia Największą atrakcją wieczoru przed operacją są dwie lewatywy. Miłościwie wstrzymam się od szczegółów... I oto następuje wielki dzień. Człowiek budzi się rano. Depiluje się go ze zbędnego owłosienia. Przynoszą mu specjalna operacyjną koszulkę i wiezie się go na salę... Proszę się nie zdziwić, że może tam pobrzmiewać radio (do końca życia będę się wzdrygała słysząc Moder Talking). I oto pacjent jest kładziony na stół, znieczulany i... do sali wchodzi lekarz i oznajmia: drogi pacjencie, proszę o zrozumienie, operacji nie będzie, bo histopatolog zapomniał, że dziś kroimy i sobie pojechał i nie możemy go złapać... I człowiek jest przewożony na salę pooperacyjną, choć operacji żadnej nie było i ma cudowną wręcz i niepowtarzalną okazję, by obserwować przez kilka kolejnych godzin jak mu mijają efekty znieczulenia np. gdy pielęgniarka na naszych oczach przesuwa nam nogi na łóżku, a my wcale nie czujemy, żeby cokolwiek z tymi nogami się działo. Wreszcie, wreszcie, po tygodniu od przyjęcia pacjenta trafia na salę operacyjna i są na niej wszyscy, którzy być powinni. Niespodzianki się jednak nie kończą, bo okazuje się, że w nocy poprzesuwało się wkłucie czy coś tam się w każdym razie popsowało i trzeba dać inny, mocniejszy rodzaj znieczulenia. Znieczulenie podane i człowiek wpada w czarną dziurę niepamięci i nieświadomości. Stan ten do pewnego stopnia utrzymuje się już po wybudzeniu. Świat nie jest już takim, jakim był, my jesteśmy inni. Nasze ciało ma w bardzo głębokim poważaniu naszą wolę i tylko dzięki cewnikowi (kolejna przyjemność) nie kompromitujemy się za bardzo... Po operacji następuje seria wiekopomnych wydarzeń: pierwszy posiłek w postaci sucharków, pierwszy posiłek, który nie jest sucharkami czyli kleik (ohyda), pierwszy posiłek, który nie jest sucharkami ani kleikiem, zdjęcie cewnika, wyjęcie wenflonu, pierwsze siusianie bez cewnika, pierwsza kupa (to dopiero sensacja), spacer wzdłuż korytarza, samodzielne umycie głowy na siedząco pod kranem, samodzielny prysznic (choć koleżanka stoi za parawanem gotowa łapać w każdej chwili). Te osobiste sukcesy spotykają się z umiarkowanym, choć raczej powinnam powiedzieć żadnym, zainteresowaniem ze strony lekarskiej. Ot, zagadka rozwiązana, nie ma więc w nas nic tajemniczego. Pacjent musi sobie zdać sprawę, że zajmuje tylko łóżko, które mogłaby zająć inna osoba, jakaś nowa medyczna łamigłówka. Po 1,5 tygodniowym pobycie w szpitalu pacjent obserwuje u siebie dwa stany: zobojętnienie na swój wygląd i związane z tym wyzbycie się wstydu oraz wzrastające poczucie klaustrofobii. Co do pierwszego z danych objawów, jest on zupełnie naturalny, jeśli zważyć na fakt, że skoro wszyscy po oddziale latają na wpół obnażeni, to i ty, jako pacjent też możesz. Druga przypadłość jest gorsza: to samo łóżko, ta sama pościel, brak możliwości swobodnego poruszania się, izolacja od świata i wszystko, co z nim związane. Do tego, z pozoru tylko pogodni ludzie, z których każdy, na swój sposób przeżywa własną traumę, własne nieszczęście. I tak w łóżku obok leży kobieta po 2 operacjach, z raną, która nie może się zagoić, która jęczy przez sen i popłakuje, a z racji tego, że jest z innego województwa, jest sama, bo nikt nie ma możliwości, by ją odwiedzić. W łóżku naprzeciwko inny przypadek, który budzi się w nocy z krzykiem i zaczyna krwawić... Ale przychodzi i radość, kiedy pada sakramentalne: jutro wypis i następuje się dzień kiedy można po dwóch tygodnia zrzucić piżamę i papucie, włożyć cywilne ciuchy, założyć trampki i wyjść, wyjść do świata wolnym. Nie żegna cię, poza współ-pacjentami, nikt. Radzę być przezornym i samemu z siebie pożegnać się z pielęgniarkami. Można wtedy, jeśli ma się szczęście, dowiedzieć się, że przez najbliższy czas nie należy jeść fasoli, ani brać kąpieli, ino się natryskiwać. I tak z wypisem w dłoni, zdrowszym, a przy tym i solidnie na szpitalnej bleee dietce odchudzonym stać się na powrót sobą, nie pacjentem.
Czy to koniec? Czy to happy end? Ano nie, bo oto po 3 miesiącach następuje kontrola. Lekarz, z ośrodka, który kierował do szpitala, czyta wypis i komentuje, o widzę, że Pan/Pani poza tym, co było złe, miał jeszcze i taki to a taki organ wycięty. A pacjent dębieje, bo mu się nazwę zabiegu na wypisie po łacinie napisało, a po operacji, nie licząc krótkiej rozmowy po samym zabiegu, kiedy to lekarz prowadzący bardziej był urlopem, niż pacjentem zainteresowany, coś tam bąknął i wyjaśnił. I radzę, moi mili, kupić sobie przed pójściem do szpitala medyczny słownik polsko-łaciński, bo nigdy nie wiadomo, co tez wam wyciąć mogą i o czym nie powiedzieć...
Czy to koniec? Czy to happy end? Ano nie, bo oto po 3 miesiącach następuje kontrola. Lekarz, z ośrodka, który kierował do szpitala, czyta wypis i komentuje, o widzę, że Pan/Pani poza tym, co było złe, miał jeszcze i taki to a taki organ wycięty. A pacjent dębieje, bo mu się nazwę zabiegu na wypisie po łacinie napisało, a po operacji, nie licząc krótkiej rozmowy po samym zabiegu, kiedy to lekarz prowadzący bardziej był urlopem, niż pacjentem zainteresowany, coś tam bąknął i wyjaśnił. I radzę, moi mili, kupić sobie przed pójściem do szpitala medyczny słownik polsko-łaciński, bo nigdy nie wiadomo, co tez wam wyciąć mogą i o czym nie powiedzieć...
To, co napisałam, jest subiektywną relacją z moich prywatnych przeżyć. Gorąco i pewnie naiwnie wierzę, że to, co przyszło mi przeżyć, jakimś niefartem dotknęło właśnie mnie. Mam ogromny szacunek do lekarzy, pielęgniarek, całego personelu. Moja trauma i moje złe wspomnienia zaczynają bladnąć i mam głęboką nadzieję, że nie szybko przyjdzie mi (tfu, tfu, tfu) znów wcielić się w rolę pacjenta. Nie żebym miała poczucie misji, czy też oczekiwała współczucia (nic mi nie jest, jestem zdrowa, nie umieram), ale może ktoś nauczy cię czegoś na moim przykładzie i np. upewni się, czy aby na pewno niczego w nadmiarze mu nie wycięto. m2

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz