http://www.flickr.com/photos/skrb/2230124326/
Czytałam gdzieś i kiedyś, że kobiety źle odreagowują stres, że ich metody na dłuższą metę go nie eliminują, a wręcz go potęgują. To ja teraz napiszę o swoich sposobach i sami ocenicie, czy dzięki nim pokonam znerwicowanie czy raczej zejdę i to w krótkim czasie na jakiś zawał...
Walkę ze stresem na jego początkowym etapie, z takim stresikiem drobnym, zaczynam od marudzenia. Narzekam, jojczę, przynudzam, zwłaszcza, gdy nie nadążam za samą sobą, swoimi obowiązkami, pilnymi rzeczami. Zamarudzam rzeczywistość, by uczynić ją znośniejszą, bardziej przyswajalną. Osobiście nie wierzę i uważam za mocno podejrzanych ludzi, którzy są wiecznie uśmiechnięci, ze wszystkiego zadowoleni i wszystko im się podoba. Takie zachowanie jest absolutnie nienormalne i wbrew ludzkiej naturze!!!
Gdy marudzenie nie pomaga, zajadam stres. Jest to prosta droga do miażdżycy i niestrawności, że o tyciu nie wspomnę, bo najlepszą pożywką dla stresu są chipsy, koniecznie zielona cebulka lub cokolwiek czekoladowego. Na moje szczęście, rzadko sięgam po procenty, co uratuje mnie najprawdopodobniej przed popadnięciem w alkoholizm. Ha! Będę zatem gruba ale przynajmniej trzeźwa i bez marskości wątroby:)
Kolejną, łatwą do przewidzenia dla mnie jako kobiety, metodą są zakupy. Oczywiście najskuteczniejsze jest kupowanie ciuchów, biżuterii, ciuchów i dodatków. Nowa torebka, bluzeczka i życie od razu staje się znośniejsze. Trzeba tylko pamiętać o tym, że zły nastrój zakłócić może dobry gusty. Ech, nawet nie będę liczyć ile to rzeczy zalega w mojej szafie, które to kupione na poprawę humoru, okazały się po czasie zupełnie nie w moim guście.
Na koniec zostawiłam sobie metodę doraźną, kiedy to stres przechodzi, proszę mi wybaczyć wulgaryzm, we wkurw. W takich wypadkach bluźnię, klnę, przeklinam na czym świat stoi i po prostu rzucam mięsem. Odziedziczyłam w genach silną potrzebę, a i umiejętność ekspresywnego wyrażania swoich uczuć. Święcie wierzę w wyznawaną przez mego tatę zasadę, że jak się nie powie k***, to się inne słowo wpi***oli.
Reasumując, stres uczyni ze mnie marudną, zrujnowaną finansowo, przeklinającą kobietę z nadwagą... Mając to w perspektywie, można by się zastanawiać, czy zawał nie byłby jednak lepszy... m2

zrujnowana finansowo, ale za to z pękającymi w szwach szafami i kosmetyczkami, że o kolczykach nie wspomnę ;) jest to zawsze jakiś plus...
OdpowiedzUsuńMn
Ja z moim stresem sobie generalnie nie radzę, co doprowadzi kiedyś do poważniejszych zaburzeń zdrowotnych mego organizmu. W stresie nie jem nic, a nic. Nie potrafię równiez skupić się na niczym innym jak tylko na systuacji stresowej, którą po wielokroć analizuje, badam i tak w koło macieju. Oczywiście jestem wtedy w nastroju nieprzysiadalnym jak pisał Świetlicki i lepiej nie głaskać i nie dotykać. Jedyne co na mnie działa to tzw. kopniak, albo wytarganie tudzież mocne i głośne argumenty. M1
OdpowiedzUsuńNa stres najlepszy jest zlot czarownic, wino i telefon do Maroon'a... :):):) Pozdrawaiam wszystkie zestresowane jednostki:) A.
OdpowiedzUsuńumówmy się telefon do Maroon'a jest niezastapiony!!M1
OdpowiedzUsuń