poniedziałek, 29 kwietnia 2013

z pamiętnika łódzkiego nauczyciela 2



"Bo jest sprawa. Przyjęło się, że co roku klasy humanistyczne robią przedstawienie takie i takie, no i w tym roku Ty uczysz w takiej klasie, więc się tym zajmij|." - taką informacją zostałam uraczona miesiąc temu. Możecie sobie tylko wyobrazić dziki entuzjazm jaki zapanował w mej duszy. Jak się jest polonistą, to choćby i z okazji Dnia Ziemi, trzeba przygotowywać uroczystości. I nie ma opcji, że rzuci się klasie hasło i oni sami wszystko wymyślą. No i zaczęła się cała masa problemów. Problem 1 -  wymyślenie scenariusza. Pomysły, które dostałam albo w ogóle nie były scenariuszami, albo wymagałyby nakładów średnio budżetowego filmu w Hollywood. Ze zbieraniny luźnych pomysłów udało mi się w końcu skleić coś konkretnego. Problemem nr 2 - ustalenie obsady. Nie ma co liczyć na to, że ktoś zgłosi się sam z siebie. Trzeba było każdemu z góry jego rolę narzucić. Nie obyło się bez scen, protestów i dramatów, bo przecież wszyscy się wstydzą, nikomu takie przedstawienie się nie opłaca. Właściwie, choć nikt nie powiedział tego głośno,  wychodziło na to, że skoro napisałam scenariusz, będę to "reżyserować", to powinnam sama odegrać wszystkie role... Po dość drastycznym rozwiązaniu problemu nr 2, pojawił się problem nr 3 - główni aktorzy zachorowali w tym samym czasie. Wszystko się wali, próby nie wychodzą, dźwięk jest za słaby, nie ma komu śpiewać, cała koncepcja się wali. Problem nr 4 - klasa pokłóciła się miedzy sobą, poszczególne frakcje poobrażały się na siebie, przedstawienie leżało, a został do niego tydzień. Tu skończyły się przelewki. Sprawę trzeba było postawić na ostrzu noża i sięgnąć po broń ostateczną - MÓJ GNIEW. Pragnę wierzyć, może i nawinie, że dzięki niemu, na następnej próbie wszyscy byli w stanie pełnej gotowości. Kostiumy i rekwizyty przygotowane, tekst nauczony, klasa była zwarta i gotowa. Wtem pojawił się problem nr 5 - znalezienie terminu na próbę w sali gimnastycznej. Logistycznie rzecz praktycznie nie do załatwienia. Bo trzeba pogodzić termin odpowiedni dla klasy, dla mnie i wcelować w okienko 3 nauczycieli wf oraz nauczyciela, który przygotowywał część oficjalną uroczystości. Problem nr 5 gładko przeszedł w  problem z nagłośnieniem. Na dzień przed przedstawieniem zaginął kabel od połączenia głośników z laptopem. Jakby diabeł ogonem nakrył. Ślad po nim zaginął. Nawet ekipa CSI miałaby z tym problem. Cudowne odnalezienie odbyło się na godzinę przed show. Problem nr 7 - aktorowi grającemu główną rolę spóźnił się autobus. Problem nr 8 - obserwuję u siebie wszelkie objawy stanu przedzawałowego, za chwilę zejdę na zawał. Pocieszające jest to, że problem nr 9 w postaci mego trupa, już nie ja będę musiała rozwiązywać... No i przedstawienie się zaczęło. Pojawiły się wpadki, drobne pomyłki, ale dzieciaki grały tak, jak nie grały na żadnej próbie. Powoli czułam jak spływa po mnie błogosławiona ulga. Gromkie brawa dla moich dzieci były muzyką dla moich uszu. I wszystkie te problemy od 1 do 9 nagle przestały mieć znaczenie. Dla takich chwil warto żyć. m2

1 komentarz:

  1. Czytałam z napięciem :)
    U mnie w szkole na początku roku ustala się, kto organizuje przedstawienie. Ale kwestie organizacji czegokolwiek w szkole to zwykle mnóstwo załatwiania, nerwów, megastresu i kombinacji...
    Meg B.

    OdpowiedzUsuń