wtorek, 25 października 2011

run m2, run!!!

http://www.flickr.com/photos/smemon/4360987794/

Nie mam czasu na pisanie tego posta. Każde kliknięcie klawisza odbija się głośnym echem w mojej głowie i słyszę, słyszę, że praca, praca, praca czeka. Śpieszę uspokoić zaniepokojonych, że to najprawdopodobniej nie pierwsze objawy schizofrenii, ale raczej początki syndromu "nie-wiem-w-co-ręce-włożyć". 
Moje życie to nieustanna pogoń za czasem, który w tym wyścigu zaliczył ewidentny falstart, którego jednak, nikt nie odgwizdał. I tak, skoro tylko otworzę swe oczy, rozpoczynam swój dzień, nie od truchtu bynajmniej, ale od sprintu, bo już w przedbiegu mam opóźnienie, wynikające z "pośpię jeszcze chwilkę dłużej". Drugi etap, gdy już przygotuję się do właściwego wystartowania, czyli wyjścia z domu, to pogoń za tramwajem. Gdy i to się uda, trzeba się pogodzić z tym, że pan motorniczy spieszyć się nie musi, no bo przecież on już do swej pracy dotarł. Następny etap, to niekiedy heroiczne przebiegniecie, bardzo często na dwóch czerwonych światłach, do autobusu. Tu następuje sytuacja analogiczna do tej z tramwaju, by w końcu, po mniejszej lub większej porcji stresu, czy się zdąży, dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Wyścig na tym się nie kończy. Parter - kawa- ksero-pierwsze piętro-sekretariat-sala 117- kawa-drugie piętro- sala 210- kawa-ksero- bufet- parter- sala 15 - herbata dla odmiany - gabinet dyrektora - ksero - administracja - drugie piętro-sala 211 itd. Plik papierów rośnie. Teczki pęcznieją. Komputer się zawiesza. Dane nie chcą się wprowadzać. W końcu, w końcu, następuje godzina, by wybiec. Znów. Biec. Autobus łapać.  Tramwaj też. I to wszystko odmierzane na minuty, bo umówione spotkanie. W domu komputer, materiały, kawa, drukowanie, praca trwa. W końcu spotkanie. Godzina. Dwie. Rozmowa. Kawa. Tłumaczenie. Czas mija. Po spotkaniu maile, wiadomości, praca na dzień następny. Kolejna teczka z materiałami puchnie. Mija dzień pierwszy, noc zapada, wstaje dzień drugi. Kołomyja trwa. Poniedziałek z wtorkiem mieszają się z środą, czwartek, to prawie piątek, a sobota to... studia. I znowu budzik, sprint, bieg, tramwaj, ławka od 8 do 19 i potem jak zombie, bieg, tramwaj, dom i spanie. Niedziela. Teczka w dłoń, bo tramwaj i zajęcia i notatki i kserówki i ucz się, ucz, bo nauka, to potęgi klucz, a na "mordopadanie" lekarstwa wciąż nie ma, jak tylko spanie, a 4-5, czasem 6 godzin nic nie daje. A tu poniedziałek, poranek, dzień pierwszy i...
Piszę tego maila. Widzę, tuż obok siebie, stosy materiałów do przejrzenia i poprawienia. I tylko czasami, na chwilę, przychodzi refleksja, a gdzie znajomi, a "gdzie są moi przyjaciele", a kiedy spotkanie, piwo, kino, teatr? A Ci znajomi, mają swój własny wyścig, tudzież pościg i to na dodatek, niezsynchronizowany z naszym. Gdy oni do pracy jadą, ja wracam lub na odwrót, gdy oni na studia, ja akurat ich nie mam, gdy ja ślęczę nad papierami, oni mają czas na kino, gdy ja chcę do kina, oni ślęczą nad swoją makulaturą. Do rąk i uszu przyrosły nam komórki, laptop stał się bliższy, niż rodzony brat i tylko żal dupę ściska, że połknął nas kapitalizm i po mniejszej lub większej trosze nas ubezwłasnowolnił. A latka lecą, stres zabija, nadmiar kawy szkodzi, miażdżyca, reumatyzm, zawał. Wbrew pozorom, daleka jestem od defetyzmu, ale tempo tego wyścigu i to,  im dłużej trwa, sprawia, że jest coraz bardziej  przerażający. I mam nadzieję, że gdy tylko zacznę widzieć wrzeszczący i ponaglający mnie zegar, znajdę czas, by iść się przebadać...
A teraz koniec tego pit-stopu. Biegnę. m2

1 komentarz:

  1. Czytając to, poczułam się tak, jakbym się sama spieszyła. Zaczynam doceniać moje pół etatu + zlecenia.
    Ciekawi mnie, jakież to studia Cię pociągnęły?
    Pozdrawiam!
    MN

    OdpowiedzUsuń